Wersja twojej przeglądarki jest przestarzała. Zalecamy zaktualizowanie przeglądarki do najnowszej wersji.

Marek Różycki: Dziennikarstwo mam w genach

Opublikowany 2015/07/13

Prywatnie niesłychanie skromny, dowcipny, słowny. Spotykamy się w mieście jego dzieciństwa i młodości w ukochanym Zakopanem. Na zewnątrz ciepło, choć na szczęście nie ma takich upałów, jak w stolicy.  Z okna widać wierzchołki Tatr i już nic do szczęścia nam nie potrzeba. Można zacząć rozmowę.

Marek Różycki JrMarek Różycki JrZ MARKIEM RÓŻYCKIM rozmawiała SŁAWA KORNACKA

 

Pracowałeś w wielu tytułach centralnej, wysokonakładowej prasy - na wszystkich stanowiskach. Teraz wydałeś szóstą swoją książkę: „Karnawał w Sodomie”. Jaki impuls zadziałał, że wybrałeś zawód dziennikarza - literata?

 

 - Ten zawód niejako "kupiłem" od mego Ojca, który w czasach mojego dzieciństwa i młodości był korespondentem starego "Życia Warszawy" i radiowej "Muzyki i Aktualności" z Zakopanego oraz południowej Polski. Tulek, jak się do Niego zwracałem, był perfekcjonistą. Kiedy wchodziłem do Jego pokoju w przepięknej zakopiańskiej willi "Cicha"- było ciemno od dymu papierosowego, stosy kartek na podłodze i słyszałem rytmiczny stukot maszyny do pisania... Często włączał się dalekopis - daleki protoplasta internetu, którym ktoś nadawał jakieś informacje z redakcji a także różnych instytucji z całej Polski. Jako dziecko nauczyłem się obsługiwać dalekopis... Pamiętam, kiedy pisało się na klawiaturze - z lewej przystawki wychodziła całymi metrami cienka taśma perforowana z dziurkami; kiedy napisało się jakiś tekst, a ja najczęściej przepisywałem "Kubusia Puchatka" - taśmę podłączało się do wydruku i przesłania na adres, który wykręcało się na specjalnym aparacie - kolejnej przystawce - dużo większym od telefonu. I tym sposobem rozsyłałem "Kubusia Puchatka" po całej Polsce, a nawet - świecie.... Oczywiście, Tulek był rugany za moje wygłupy i zabawy, bo nieraz "Puchatek" trafiał do jakiegoś ministerstwa czy innych ważnych instytucji....

 

 Wyobrażam sobie, że cała góralska chałupa - "Cicha" nad Cichą Wodą - drżała, jak przy wietrze Halnym, gdy włączał się ten ówczesny sprzęt nadawczy?...

 

 - Tak, masz rację. Nie mogę też zapomnieć, że wynosiłem wielometrowe rolki cienkiej taśmy dalekopisowej moim kolegom z Kościeliskiej i robiliśmy  serpentyny i confetti... na całej ulicy oraz przyległych chałupach góralskich..... Było bardzo "świątecznie".... Oczywiście, naszym zdaniem.....Jednak największą dla nas frajdą było, gdy pod „Cichą” podjeżdżał radiowy Robur  z własnym agregatem prądotwórczym. Technicy przeciągali kable przez piękny ogród i okno do pokoju mego Ojca, by mógł nadać „Kartkę z Zakopanego od Marka Różyckiego”…  A my, dzieciaki niesforne, kiedyś jeden z takich kabli przecięliśmy… siekierą… Był  błysk, fontanna iskier i przerażone oczy kolegi zza płotu, którego prąd  „zdrowo popieścił”…  Jako dzieci z Kościeliskiej – taki właśnie mieliśmy ZDROWY - stosunek do wszelakich  „mediów”…Bardzo często materiały i wiadomości przekazywał Ojciec telefonicznie – na żywo do studia radiowego „Muzyki i Aktualności”.  Natomiast w redakcji „Życia Warszawy” – były tak biegłe maszynistki, że natychmiast i bezbłędnie przepisywały teksty czytane przez telefon. Następnie tekst odczytywały „zwrotnie”, by przeprowadzić ewentualną korektę interpunkcji.

 

Kto był dla Ciebie autorytetem w czasach młodości spędzanej w Zakopanem,? Mówi się, że czym "skorupka nasiąka...."?

 

 - Bezdyskusyjnie był to mój Ojciec, a także właściciel willi "Cicha" - ostatni młodopolski malarz - prof. Karol Kłosowski. Prof. Kłosowski, nazywany przeze mnie Dziadkiem - uwrażliwił mnie na piękno nie tylko artystycznego przekazu, ale także ukierunkował - patrzenie na świat oczami nadwrażliwca. Godzinami przyglądałem się, jak Dziadek malował obrazy i opowiadał jak załamuje się światło, jak widzi się perspektywę, jak łączy się i dobiera kolory. W tajemniczym wnętrzu Jego pracowni - z kilkoma wnękami i malutkimi pomieszczeniami - chowałem się i przeglądałem obrazy, szkice węglem, przecudownej urody wycinanki, tak piękne i delikatne, a przecież wykonywane wielkimi nożycami do strzyżenia owiec...... Wieczorami słuchaliśmy koncertów prof. Karola na cymbałach czy skrzypcach. A cały dzień poświęcaliśmy na pracę w ogródku przed domem, gdzie dziesiątki różnych gatunków kwiatów i krzewów skrzyły się wprost feerią barw. Żaden przechodzień na ulicy Kościeliskiej - nie był obojętny na te cuda. Tu muszę dodać, że willa Cicha jest cała rzeźbiona, a w jej wnętrzu trudno było znaleźć kawałek wolnej ściany - bez obrazu, szkicu, grafiki, wycinanek…. Imponował mi też bardzo Zbyszek - o wiele starszy ode mnie wnuk profesora, który był złotą rączką. Potrafił wszystko! Taki był z niego MacGyver.... Mnie robił zdalnie sterowane samochody, samoloty… Nawet memu Ojcu tak zainstalował antenę na bardzo wysokim dębie za domem i - wyczyścił z zakłóceń radiowy przekaz, że bez trudności odbieraliśmy Wolną Europę na starym Pionierze.... z nadajnika na Gubałówce.

 

W pewnym momencie rodzice postanowili jednak przenieść się do Warszawy. Odchorowałeś to czy równie mocno ją pokochałeś?

 

 - Zdecydowanie nie! Ja zostałem dość brutalnie zmuszony do tej przeprowadzki. To była dla mnie wielka trauma! No, ale moja matka miała i ma tu swoją liczną rodzinę. Siła wyższa....  Ale do dzisiaj nie mogę pogodzić się z utratą tamtych klimatów i przyjaźni z wieloma kolegami, także góralami - od których uczyłem się i pilnie ich słuchałem, choć wielu z nich było analfabetami. Mieli piękne dusze i wspaniałą filozofię życiową. Nie mogłem już także „bezprawnie” chodzić na warsztaty do Szkoły Kenara, która  jest o rzut kamieniem od „Cichej”. Tam przyglądałem się młodym rzeźbiarzom, a sam gdzieś przy wolnym warsztacie stolarskim – obrabiałem kloce drewna robiąc swoje „rzeźby”, najczęściej zaś – świątki… Tuż na płotem „Cichej” był dom i warsztat jednego z największych lutników polskich o światowej sławie, Franciszka Marduły. Jego syn – Staszek, był moim przyjacielem, a ja bardzo często przyglądałem się z jakim mozołem tworzone są skrzypce Mistrza  Franciszka, które zawsze miały duszę i wydawały niepowtarzalne dźwięki. Chodziłem też do szkoły muzycznej. Profesorowie skierowali mnie do klasy skrzypiec, bo ponoć miałem słuch absolutny. Ale kiedy podzieliłem się tą wiadomością z Ojcem - ten poszedł do dyrektorki i powiedział, że nie będzie tolerował żadnego rzępoły w domu i z hukiem wypisał mnie ze szkoły. Ojciec bardzo pragnął, bym uczył się gry na pianinie, który to instrument był w „Cichej” w mieszkaniu prof. Kłosowskiego i Jego rodziny.

 

Miałeś zostać lekarzem. Zacząłeś studiować medycynę i zrezygnowałeś na rzecz studiów humanistycznych. To nieco szalona decyzja...

 

 - Uległem presji matki, bo to ona widziała mnie w roli lekarza czy nawet farmaceuty...  Ja chciałem podążać innym szlakiem. Poza tym wówczas prawie wszyscy rodacy BYLI, a nie Mieli....... I to było piękne. Mogliśmy się szczycić prawdziwie wysoką kulturą z najwyższej półki w całej Europie, ba - nawet na świecie!

 

 Chcesz powiedzieć, że stopień niezależności dziennikarskiej jest dziś – paradoksalnie przeciętnie dużo niższy niż dawniej? 

 

 - Absolutnie tak. Nie ma drugiego takiego zawodu, który by się tak spauperyzował i nawet - zeszmacił. Kiedyś dziennikarz - to był interdyscyplinarny KTOŚ. Posiadał wiedzę na wszelkie tematy, choć, oczywiście - dziennikarz specjalizował się w swojej dziedzinie. Byli też - dziennikarze - redaktorzy. Oni raczej nie pisali, tylko zajmowali się redagowaniem, adiustacją  i polityką tytułu. A o niezależności lepiej nie mówić w obecnych czasach, gdy cenzurowane są kabarety i zdjęty z anteny Kabarecik Olgi Lipińskiej… oraz inne „szkodzące władzy i Kościołowi” programy! A to tylko  w y i m e k  zagadnienia…

 

Czy można zatem pokusić się o stwierdzenie, że za tzw. „komuny” dziennikarstwo było zawodem elitarnym, nie tak jak dziś,  gdzie w pogoni pomiędzy informacją, a reklamą nie ma miejsca dla profesjonalizmu …?

 

 -  To mit i kłamstwo tak często powtarzane, że uznano je za prawdę. Był wypaczony „totalitarny” realny socjalizm z centralnym planowanym i zarządzaniem gospodarką. Ale i z wielką osłoną socjalną dla ludzi pracy i nie tylko. Także dla emerytów, rencistów itd. itd. Dziennikarstwo było zawodem elitarnym. Dzisiaj goni się za sensacją "na pierwszą stronę" - często przekłamanym "newsem", byle tylko tytuł się dobrze sprzedał, albo było wiele wejść na portal. Sprostowanie lub przeprosiny - umieszcza się małym drukiem w miejscu bardzo trudno zauważalnym!!!!... Kiedyś liczył się profesjonalizm! Dzisiaj - plotki, pomówienia, niedyskrecje, sztucznie tworzone sensacje; stąd taki popyt na brukowce i bulwarówki, tabloidy, których wydawcy kierują się tylko i wyłącznie zyskiem liczonym w liczbie sprzedanych egzemplarzy! To bulwarowi dziennikarze tworzą gwiazdy estrady czy na przykład  - wpływowych polityków itp. itd., by  następnie - je niszczyć  kalumniami. Bardzo często używają do tego rzekomo prawdziwych informacji z ich  prywatnego życia. W ogóle nie ma miejsca na wysoką kulturę - na rzecz skandali i prywatności oraz różnego autoramentu pomówień i złośliwych przeinaczeń zdań z wypowiedzi wyrwanych z kontekstu. Wystarczy przytoczyć tylko jeden przykład – niszczenia kalumniami wyssanymi z „brudnych paluchów”  Jaruckiej i Miodowicza – kandydata na prezydenta, wybitnego polityka, Włodzimierza Cimoszewicza. Wszystko okazało się – przed sądem – totalnym kłamstwem! Ale Włodzimierz Cimoszewicz, by chronić własną rodzinę, wycofał swoją kandydaturę i wybory wygrał Lech Kaczyński…. Zaginęła  kultura rozmowy. Współczesny dziennikarz - zaprasza gościa - rozmówcę tylko po to, by udowodnić SWOJĄ Z GÓRY PRZYGOTOWANĄ I ZAŁOŻONĄ  TEZĘ. Bardzo też często przerywa wypowiedź gościa - rozmówcy, zbijając go z tropu, uniemożliwiając wypowiedzenie się. Celuje w tym Monika Olejnik. Bardzo wiele prostackiego chamstwa pojawiło się w mediach.

 

 W dobie, gdy media w większości są sprywatyzowane, ich kluczowym modelem jest utrzymywanie się z reklam. Tak jak wspomniałeś, obecnie media są nastawione na sensację, by za wszelką cenę zdobyć czytelnika. Dziś nikt nie pyta czy znasz się na redagowaniu tekstów, czy wiesz jak właściwie tekst podzielić, jak zredagować śródtytuły, jak zachować akapity i jak zadbać o jakość przekazu czy zapisu. Dziś trzeba „bić tytułem w mordę”, by krew po rękach spływała, a wówczas -  bloger-czytelnik tekst "kupi…”.  Czy Twoim zdaniem dobrze zredagowany tytuł, to tytuł sensacyjny? Pytam o to, bo przecież redagowanie i polityka tytułów, to Twoja specjalność.

 

 - Może najpierw dodam, że obecnie prawie już nie ma  polskich mediów..... Lwia część tytułów prasowych nie należy do Polaków! A tak mało rodaków o tym wie... Podobnie jest z serwisami-portalami, że wymienię tu portal społecznościowy, który mieni się największym - a którego właścicielem jest Niemiec, jak i całe regionalne  "konsorcjum" prasowe  związane z tym portalem....  Poruszyłaś bardzo ważną kwestię: tytuły, zajawki, śródtytuły. Nie wystarczy napisać świetny tekst. Trzeba go umieć "sprzedać" tak, by Czytelnikowi wpadł w oko. Oczywiście i w tej dziedzinie nie należy "przesadzać"..... Pamiętajmy jednak o asocjacjach umysłu. Jeden z najciekawszych tytułów miał tekst o naszym znakomitym kolarzu, Ryszardzie Szurkowskim : "CUDOWNE DZIECKO DWÓCH PEDAŁÓW". Pamiętam też tytuł tekstu mojego Ojca, który dostał informację z Tatrzańskiego Parku Narodowego, że latem zamiast samemu żywić się - zwierzęta kolędują pod pustymi w tym czasie żłobami i paśnikami  rozsianymi po całym Parku Tatrzańskim. Tytuł tej informacji brzmiał: "DO ŻŁOBU PRZYZWYCZAJAJĄ SIĘ NAWET ZWIERZĘTA". No i mój staruszek został - mówiąc dzisiejszym językiem - "zbanowany"… Pamiętam też tytuł  jednej z dziesiątków rozmów z dr. Michaliną Wisłocką, matką polskiej seksuologii oraz autorką bestsellerów. Wywiad traktował między innymi o tym, jak to kobiety "polując na orgazm" wpędzają mężczyzn w kompleksy. Michalina użyła sformułowania: " No i w tej sytuacji - koniec świata z tym chłopem!". Ja dałem tytuł właśnie z tekstu wypowiedzi : "KONIEC ŚWIATA Z TYM CHŁOPEM!..." -  w tygodniku, który był wydawany przez Polskie Stronnictwo Ludowe...... Chłopi poczuli się mocno zagrożeni i urażeni, a mój Drogi Naczelny zebrał "wiąchę" od sekretarza Naczelnego Komitetu PSL - odpowiedzialnego za prasę... To była świetna zabawa…  Pamiętam, jak pod wpływem wielu interwencji od Olsztynian żalących się na skorumpowanego prezydenta miasta, mój Ojciec napisał tekst interwencyjny pt.: "KTO WRESZCIE USUNIE MARKA RÓŻYCKIEGO?", bo takie imię i nazwisko nosił ówczesny prezydent Olsztyna. Tekst był oczywiście podpisany : Marek Różycki...   Podoba mi się tytuł do jednej z rozmów z bliskim mi Januszem Gajosem: "PANCERNY WRAŻLIWIEC..."

 

Ale chyba nie tylko ojciec był Twoim nauczycielem i Mistrzem ? Miałeś innych mentorów?

 

- Cudowne skojarzenia-asocjacje miał Antoni Słonimski, Kisiel-Kisielewski, Ryszard Marek Groński i przede wszystkim: Julian Tuwim oraz Melchior Wańkowicz. Wymieniłem teraz moich Mentorów-Mistrzów...., ale było ich znacznie więcej! Nie mogę nie wspomnieć o Gustawie Holoubku, którego spotykałem w kawiarni "Czytelnika" czy prześmiewcę, Janka Himisbacha, który urzędował w "Harendzie", obok UW, a z którym przegadaliśmy wiele godzin, przekomarzając się i kpiąc z czego się tylko dało...  Zawsze świetny kontakt miałem z Andrzejem Rosiewiczem, którego gościłem w centralnym klubie studentów UW "HYBRYDY" w studenckim ośrodku dyskusyjnym "OD SIWAKA DO BUJAKA".... Pamiętam, jak namówiłem Bogdana Fabiańskiego, by w jego programie radiowym: "Rozmowy w jedynce przy muzyce po północy" - zapraszać co pewien czas Jędrusia Rosiewicza, który jest wspaniałym gawędziarzem. Kiedyś, podczas rozmowy na antenie - palnąłem, że polska demokracja jest to wybór przez niekompetentną większość - skorumpowanej mniejszości.....  I to był chyba jeden z moich ostatnich "występów" przed mikrofonem...... Nigdy nie zapomnę mojego cudownego pierwszego redaktora naczelnego w „Tygodniku Kulturalnym” – Staszka  Adamczyka. To był dla mnie fenomen! A do „TK” skierował mnie jeden z moich promotorów prof. Roch Sulima.  To osobna opowieść. W każdym razie dzięki konsultacjom, radom, sugestiom i podpowiedziom Staszka Adamczyka, który bardzo często odwiedzał  nas  w domu, albo zapraszał do siebie – zyskałem tę wiedzę, której nie przekazano by mi na żadnym uniwersytecie. Pojąłem wreszcie, że weryfikatorem mojego pisania – będzie cenzura. „Jeśli twój przekaz czy dowcip – rozumie cenzura, to znaczy, że kiepsko ubierasz myśli w słowa” – powtarzał mi i mój Ojciec, i Staszek, który stał się moim Przyjacielem. To tylko wyimek z nauk, jakie pobierałem… Paradoks! Dzisiaj mogę to powiedzieć i potwierdzić, że to właśnie cenzura nauczyła mnie pisać…

 

 Wróćmy jednak do tematu: redagowanie tekstów i ich adiustacja oraz redagowanie całego tytułu i polityka pisma. . .

 

 - "Przysposobienie" tekstu do publikacji - porównałbym do "dosmakowania potrawy". Musi być i pieprz i sól i inne przyprawy, bo nawet świetny tekst bez tej oprawy - może być pominięty przez Czytelnika, albo uznany za mdły i zbyt trudny w "konsumpcji"... - odbiorze. Tekst nie może być "cegłą", musi być przejrzysty - stąd częstokroć potrzebne są subtytuły-śródtytuły oraz wyróżnienia - wytłuszczenia najważniejszych akapitów. A zajawka - to sentencjonalna, esencjonalna i bardzo atrakcyjna zapowiedź całego tekstu. Oczywiście, miałem swoich Mistrzów, od których się pilnie uczyłem, a nawet chodziłem na konsultacje i swoiste "korepetycje". Jako dziennikarz funkcyjny nigdy nie miałem przymusu pisania - natomiast zawsze do mnie należało redagowanie i adiustacja tekstów oraz przypadało też podpisywanie w drukarni numeru do druku, po bardzo wnikliwej lekturze wszystkich kolumn.  Obecnie, podczas składu komputerowego pisma - wszystko jest o wiele łatwiejsze, ale przeglądając numery tytułów,  w których pracowałem lub je współredagowałem czy też zakładałem - muszę powiedzieć, że były "o niebo" atrakcyjniejsze i ambitniejsze. Czytelnicy zaś oraz interdyscyplinarni  dziennikarze - na znacznie wyższym poziomie intelektualnym.

 

Obok wyrasta konkurencja nie mniej dociekliwych i władających sprawnie słowem dziennikarzy obywatelskich… Jakie znaczenie w tej sytuacji ma profesjonalizm dziennikarza?

 

 - Tak jak można być felczerem, ale nie można być lekarzem, tak można być dziennikarzem obywatelskim (społecznym, amatorem), ale nie dziennikarzem zawodowym. Do tego by uprawiać zawód dziennikarski trzeba mieć za sobą długie lata nauki i praktyki w redakcjach prasowych. Dobry dziennikarz musi mieć coś więcej niż tylko dociekliwość i sprawne władanie słowem i piórem. To oczywiście konieczne minimum w pracy dziennikarza, ale nie wystarczające, by legitymować się znajomością tajników tego zawodu. Mam na myśli opanowanie warsztatu dziennikarskiego, ale też potężne własne zaplecze intelektualne, które zdobywa się przez długie lata nauki i opanowywania trudnej sztuki dziennikarskiego rzemiosła. Nie wystarczy dać sztandarowy tytuł, ale trzeba znać asocjacje myślowe, różnorakie konteksty itd. itd.  Dziennikarz zawodowy - musi znać i czuć odpowiedzialność za słowo oraz  kodeks etyczny, który jest dla niego drogowskazem,  jak przysięga Hipokratesa.

 

Twoimi rozmówcami byli artyści, aktorzy, satyrycy, pisarze i poeci. Masz na swoim koncie setki wywiadów z wybitnymi postaciami.  Przygotowujesz się do rozmowy?

 

 - Miałem to szczęście, że w młodości poznałem bardzo wielu artystów, ponieważ często odwiedzałem siostrę mego Ojca, Irenę Gan, która prowadziła przez 42. lata najpierw Artos, a następnie Estradę na obszarze Wielkiej Kielecczyzny a także i Łodzi. Na rozmaite występy przyjeżdżali artyści nie tylko scen kabaretowych, piosenkarze, ale także aktorzy i pisarze, by spotkać się z publicznością. Pomagałem w organizowaniu tych występów, spotkań i tym sposobem ich poznawałem. A ponieważ wciąż im się „naprzykrzałem” – zadając wiele pytań – jakoś tam zapadałem w ich pamięci… Później, po latach,  odwoływałem się do tych pierwszych naszych spotkań. Także konstruując program centralnego klubu studentów UW „HYBRYDY” – oprócz  przywódców zdelegalizowanej Solidarności, KOR-u i członków Biura Politycznego oraz KC PZPR, zapraszałem na dyskusje – w studenckim ośrodku dyskusyjnym „OD SIWAKA DO BUJAKA” - wybitnych artystów, pisarzy, reżyserów, aktorów, piosenkarzy a nawet – redaktorów naczelnych gazet i ogólnopolskich, wysokonakładowych tygodników.  Spotkania dyskusyjne w klubie mieszczącym 500-600 osób – były bardzo gorące… Później, prosząc o rozmowę, odwoływałem się do tych wcześniejszych spotkań. Prawie z każdym, z kim rozmawiałem – spotykałem się kilka razy, by go osobiście poznać. Nie nagrywałem tych wstępnych „rozpoznań”, za to byłem częstym gościem Biblioteki na ul. Koszykowej, gdzie czytałem wszystko, co moi przyszli rozmówcy już powiedzieli w wywiadach, a także wszelkie opracowania i teksty, których byli bohaterami. Na tej podstawie konstruowałem szkielet pytań. Zawsze byłem przygotowany. Ale  starałem się być dla nich partnerem w rozmowie, a nie „dziennikarskim petentem”… Często mi mówili, że wiem o nich więcej, niż oni sami o sobie wiedzą…. I to była dla mnie największa nagroda za trud i czas poświęcony na zgłębienie Ich osobowości. Nigdy moich rozmówców nie pytałem o życie prywatne. Z żelazną konsekwencją drążyłem tematy związane z uprawianą przez nich sztuką, czy inną domeną działalności.

 

Twoje publikacje to nie są teksty pisane  w kilka godzin na kolanie, dotykające problemu płytko i pobieżnie lecz są głęboko przemyślane, wysublimowane, dość elitarne - wymagają przygotowania i znajomości odpowiednich lektur. Czy komercjalizacja powoduje, że wartościowe treści stają się mniej istotne w stosunku do tych:  lekkich, łatwych, przyjemnych, „kolorówkowych”  i… sensacyjnych?...

 

- Ostatnie badania wykazały, że ponad 70 procent respondentów nie rozumie przekazu Prognozy Pogody! Ale czy dlatego ja mam się zmieniać? …. Nie jestem studolarówką, by się wszystkim podobać… Staram się pisać „wielowarstwowo” – to znaczy, żeby  każdy, na różnym etapie i poziomie intelektualnego posiadania – odczytał  to w moich tekstach, felietonach, zapisach, wierszach – na ile jest do tego „intelektualnie przysposobiony” i zaznajomiony z kulturą. Staram się pisać „ponadczasowo” – o naturze ludzkiej, „ontologii bytu”… - tak, by moje formy były czytelne w różnych czasach i „okolicznościach przyrody”… Dlatego od wielu lat związany jestem z wysokonakładową  prasą polonijną w Stanach, Kanadzie, Grecji i Australii. Dostaję wiele e-maili od Czytelników, a wydawcy proszą mnie o adiustacje tekstów przed ich publikacją.

 

Czujesz się bardziej dziennikarzem czy literatem, a może i jednym,  i drugim ?

 

 - W wielu ogólnopolskich, centralnych tytułach prasowych – prowadziłem działy literackie a także kultury i sztuki lub prowadziłem kolegia redakcyjne.  I ponieważ zawsze potrzebowałem dystansu do tego,  o czym piszę – czułem się „literackim-dziennikarzem”… Ja potrzebuję czasu, by mi się temat „ucukrował” w głowie, natomiast dziennikarz – działa szybko, pisze newsy, korespondencje, błyskawicznie – często nie zwracając uwagi na język i formę – opisuje bieżące wydarzenia. Moją domeną jest inny przekaz i zapis. Natomiast niejako we krwi mam redagowanie tytułu i adiustację tekstów.

 

Czym dla Ciebie jest poezja? Jesteś też poetą.

 

 - Mam poetyckie asocjacje, co nie znaczy, że jestem poetą. Jestem poetą w prozie ukrytym…  Zgadzam się z Karolem Irzykowskim, który był wyznał, że poezja jeśli ma być czymś, to koroną myślenia, a nie azylem dla ubogich duchem. Nie zapominajmy, że poezja robi z łez perły…

 

 - A lęki, obsesje, kompleksy. . . masz je?

 

 - Jestem z nich zbudowany. Wciąż przebijam się przez nie, walczę z nimi, czasami padam na pysk, ale jeszcze się podnoszę…. Człowieka można porównać do odbiornika o różnej skali czułości. Mniej czuły jest bardziej prymitywny, toporny, ale też rzadziej się psuje; natomiast ten skomplikowany, a więc bardziej delikatny, narażony jest na to, że przez niewłaściwe użycie łatwo go popsuć – zaszkodzić mu w tym sensie, że przestanie działać. Jeżeli porównam się do takiego czułego odbiornika, to właśnie musiałem przeżyć tyle lat, żeby zaistnieć. Wszystko, co do tej pory robiłem, to był wstęp, nieśmiałe próby przekonywania ludzi, że coś potrafię. Cały czas odbierałem tę moją drogę zawodową, jako walkę z niewiarą. Nie jestem pewny siebie, ale w jednym punkcie miałem takie głębokie – i moim zdaniem dosyć uzasadnione – przekonanie, że to co robię, robię dobrze i tak powinienem nadal postępować. Jestem trochę wyciszony, należę do ludzi, których się w tym panującym hałasie i bezhołowiu, w łomocie tego świata -  właściwie się nie zauważa, bo uwagę przykuwają ci, którzy mówią dobitnie, śmiało, bez wahań i wątpliwości… Ci, co manipulując opinią publiczną, wywołują rozmaite „wyreżyserowane” skandale… itd. itp… Jak to skomentował mój przyjaciel – znany pisarz: - Obecnie na łamy – pchają się chamy!

 

Zastanawiałeś się może co oznacza dla Ciebie słowo sukces?

 

 - Znaleźć adekwatne słowa do wyrażenia swoich myśli. Niezależność. Miłość. Umiejętność zachowania zimnej krwi w każdej sytuacji. I zmieniać to, na co realnie mam wpływ. A także bycie Królem, gdy udaje mi się  p a n o w a ć  nad własnymi emocjami….  W OBECNYCH CZASACH – „BYCIE NA TOPIE” JEST OBCIACHEM!... Dlaczego? Bo o wszelkich awansach w „kontredansach” – decydują wszechobecne układy! Znamy to z autopsji….

 

Masz swój konkretny lub lubiony typ kobiety, która potrafiłaby usidlić serce Marka Różyckiego?

 

- Może jednak dodajmy tego „juniora”, bo ja nie wiem, jak tam z Ojcem bywało… To ja beznadziejnie – zakochiwałem się w zdjęciach, aktorkach, ale dorosłem i wiem już, że najpiękniejszy jest mózg, intelekt, uwrażliwienie na świat i ludzi. Bycie otwartym i dobrym. Wbrew pozorom – to nie jest BANAŁ! No, cóż, ostatni dzwonek…. JESZCZE mam nadzieję…

 

Wiara nie jest wiarą

Gdy nie ma zwątpienia

Bez rozpaczy

Nie zrodzi się nadzieja

Miłość zaskakuje

Przenika przez ściany

Staje pośrodku

Jedno tylko MUSI -

Nie ma miłości bez cierpienia

 

Żyjemy w okrutnym, oszalałym świecie, w którym tak łatwo się zagubić i wpaść w rutynę. Co jest Twoją siłą napędową?

 

 - Bardzo trudne pytanie. Chyba tylko mogę powtórzyć za Mistrzem Wojciechem Młynarskim: „ Do końca robić swoje nie zważając na otaczającą paranoję!” A gdy jestem w bardzo złym nastroju – przypominam sobie taką  „scenkę rodzajową” z Zakopanego, których widziałem mnóstwo w „wydaniu Ojca”. Szliśmy  Krupówkami, wstąpiliśmy do sklepu  rybnego, by kupić dwa piklingi. Sprzedawczyni wyjęła je z zamrażarki i położyła na ladzie – tłumacząc, że nie ma papieru by je zapakować. Ojciec poprosił o książkę życzeń i zażaleń, a następnie wydarł z niej kilka kartek i zapakował ryby. Do dzisiaj nie zapomnę przerażonych oczu kierowniczki sklepu….

 

No to idziemy po ryby…. Dziękuję za rozmowę.

 

 

Polityka cookies

Ten serwis korzysta z plików cookies do przechowywania informacji na twoim komputerze.

Czy akceptujesz?